Zaloguj 
  
  Strona główna      FAQ      Szukaj      Użytkownicy      Download      Album      Czat      Statystyki  
  · Zaloguj Rejestracja · Profil · Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości · Grupy  
 Ogłoszenie 
Strona i forum PoloniaNottingham.com - nie są w żaden sposób związane ze stowarzyszeniem Polonia Nottingham

Poprzedni temat «» Następny temat
SPORTS DIRECT WARUNKI PRACY
Autor Wiadomość
emigrant40

Pomógł: 2 razy
Wiek: 54
Dołączył: 29 Lip 2013
Posty: 112
Wysłany: 2014-02-20, 16:05   

Niezłe jaja nie?
I jak to jeszcze funkcjonuje ?Bo z tego co wiem nikt do bani nic nie bierze i nadal jest tam taki syf jak był!Co za bagno,czy ktos wreszcie z tym badziewiem zrobi porządek?
 
 
kondra1005 


Pomógł: 3 razy
Wiek: 34
Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 277
Wysłany: 2014-02-20, 18:34   

raczej nie ma na co liczyc. wazniejsze dla brytanii jest to aby firmy sie rozwijały ( bogacily )niz prawa jakis emigrantow.
ps.
szerokie plecy to podstawa ;)
 
 
janusz362 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 45
Dołączył: 28 Kwi 2011
Posty: 127
Wysłany: 2014-02-20, 19:48   

Racja tak tu bylo jest i bedzie mimo to powinnismy naswietlac ten problem i mowic o tym i nie tylko na forach,jednak ten Sport to faktycznie lipa,tam jakis czas temu bylo znosnie,bez szalu ale jakos tam bylo lecz teraz to co czytam na forach to zgroza i szok!
 
 
emigrant40

Pomógł: 2 razy
Wiek: 54
Dołączył: 29 Lip 2013
Posty: 112
Wysłany: 2014-02-23, 17:53   

Ale tu wszyscy delikatni i taktowni :) Ja to mam swoje zdanie na temat Sport Direct, to obóz pracy i tyle,co by nie pisał o tym molochu złego to jest cały czas zbyt mało,tam powinni zwolnić całą kadrę i przyjąć nowych tylko kto inteligentny tam pójdzie ? ha ha..
 
 
kondra1005 


Pomógł: 3 razy
Wiek: 34
Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 277
Wysłany: 2014-02-23, 19:15   

emigrant40 napisał/a:
Ale tu wszyscy delikatni i taktowni :) Ja to mam swoje zdanie na temat Sport Direct, to obóz pracy i tyle,co by nie pisał o tym molochu złego to jest cały czas zbyt mało,tam powinni zwolnić całą kadrę i przyjąć nowych tylko kto inteligentny tam pójdzie ? ha ha..

zwolnienie kadry??? po co ? w jakim celu?? na jakich ?? ci co sa to wlasnie ci ktorzy powinni tam byc . specjalnie wyselekcjonowani aby zaklad rosl w sile .
decyzje podejmowane sa na gorze . dol od menadzerow do liniowych czy jak im tam to pacholki spelniajacy powierzone im zadanie i staraja sie je wypelniac sumiennie metoda kija lub marchewki ( najczesciej kija bo marchewki dla anglikow zostaly )
 
 
martynaj

Wiek: 31
Dołączył: 12 Paź 2012
Posty: 227
Wysłany: 2014-02-24, 18:22   

jaszczur2013 napisał/a:
jeżeli czytają to dziewczyny w ciąży, to podpowiadam Wam, to nie prawda że mają Was prawo zwolnić. Też pracowałam w tej firmie do 9 miesiąca ciąży. Również Panie z mojej agencji do mnie wydzwaniały gdy brałam sick'a, pisały sms-y, w pracy krzywo na mnie patrzyły, groziły mi że kobieta w ciąży również może być zwolniona, Lecz dowiedziałam się od mojej prawniczki że NIE MA MOWY O ZWOLNIENIU. Nawet panie z agencji prosiły mnie bym szybciej odeszła z pracy niż zostało to ustalone. Możecie sikować ile chcecie, jeżeli jest taka potrzeba i nie musicie się tłumaczyć dlaczego Was nie będzie w pracy. Mam nadzieje że to czytacie i więcej taka sytuacja jak podana powyżej nie zaistnieje, jest to zagrożenie dla zdrowia i życia Waszego i dziecka

Pracodawca może Was zwolnić tylko dlatego że nie wykonujecie zleceń które Wam powierzono. O pikowaniu też nie może być mowy.

nie moga Cie zwolnic jak masz stala prace,a agencja moze robic co chce,bo agencja zatrudnia tymczasowo na juz,i jak nie ma pracy to nie, nie wazne czy jestes w ciazy czy nie
 
 
martynaj

Wiek: 31
Dołączył: 12 Paź 2012
Posty: 227
Wysłany: 2014-02-24, 18:31   

kondra1005 napisał/a:
trzeba zaplacic aby przeczytac wiec wklejam tekst skopiowany z linku powyzej:


Po pracy trzeba rozpiąć spodnie i pokazać metkę od majtek
1 stycznia 2014 roku. Stutysięczny Mansfield śpi po hucznym sylwestrze. Długowłosa, młoda blondynka w okularach zakłada spodnie, bluzę, do przezroczystej reklamówki wkłada zieloną kamizelkę. Boli ją podbrzusze, ale wychodzi z domu. Wsiada do busa, jedzie kilka kilometrów dalej. Wysiada przy magazynie firmy Sports Direct. To wielki koncern warty kilka miliardów funtów, czołowy dystrybutor odzieży sportowej w Europie, z ponad 500 sklepami.

Blondynka przykłada palec do skanera, zakłada kamizelkę szeregowego pracownika. Dostaje karton, metalowy wózek i kartkę z zamówieniem. W godzinę musi spakować kilkadziesiąt produktów. Magazyn ma ich kilkanaście tysięcy, wyrobienie normy jest trudne. Dziewczyna musi biegać z ciężkim wózkiem. Ból brzucha ją łamie, chowa się w toalecie. Godzinę później na teren zakładu wjeżdża ambulans, ktoś krzyczy, że w łazience leży noworodek.

Picking-packing

Lokalny tygodnik "Chad" podaje, że imigrantka z Europy Wschodniej porzuciła nowo narodzone dziecko w toalecie. Kolejny artykuł - policja zatrzymuje kobietę za umyślne zaniedbanie dziecka.

W tym czasie 28-latka trzęsie się ze strachu w komisariacie w Chesterfield. Nie mówi po angielsku, policja wzywa tłumacza. Przyjeżdża adwokat z urzędu.

Opiekę nad noworodkiem, chłopcem, przejmuje opieka społeczna. Kobieta wychodzi na wolność, bo policja nie ma dowodów na zaniedbanie, ale zakazuje jej opuszczać Anglię.

Na polskich forach internetowych pojawiają się komentarze: "Chciała się zwolnić z pracy, ale superwajzorka jej nie puściła", "Nie wolno [w magazynie] śmiać się, rozmawiać, chorować, a nawet korzystać z toalety". "Po zakończeniu każdej zmiany każą się rozbierać, przeszukują".

Polskojęzyczna gazeta "Nasze Strony" oskarża brytyjskie media, że wykorzystują historię, by zohydzić emigrantów.

Mariusz Paplaczyk jest specjalistą od brytyjskiego prawa - bronił skazanego za gwałt na Angielce Jakuba Tomczaka. - Z angielskimi prawnikami z urzędu bywa różnie, z reguły nie przejmują się losem polskich klientów. Trzeba dziewczynę koniecznie znaleźć i jej pomóc - mówi Paplaczyk.

Lecę do Anglii.

Nie znam nawet imienia 28-latki. Idę do biura pracy w Nottingham, które rekrutuje do magazynu. Na oknach kamienicy różowy baner: "Praca na magazynie. Dnie, popołudnia, noce". Nie chcą rozmawiać.

Polka urodziła dziecko w magazynie brytyjskiej firmy, a później została aresztowana

W Nottingham, przy sklepie Bigos, który sprzedaje polskie szynki, umawiam się z Moniką. W fabryce Direct miała nr 193XXX. Ma 24 lata, przybyła z Jasienia. Drobna blondynka w getrach, wygląda jak nastolatka. Idziemy do jej mieszkania w kamienicy: łóżko, szafka, na ścianie plakat z Myszką Miki. Aneks kuchenny, dwie skórzane kanapy, szafa. W oknach firanki. Po pokoju biega jej czteroletni syn Kevin. W telewizji lecą bajki. Po polsku.

- Mamo, dużo mamy prądu? - pyta Kevin.

- Dużo - macha ręką Monika. W wynajmowanych mieszkaniach w Anglii prąd jest na "kluczyk" - przypomina pendrive. Doładowujesz go w sklepach.

Monika nie pracuje już w magazynie. Miała dość obowiązujących tam zasad.

"Picking-packing" - zbieranie i ładowanie towaru. Polacy, a to 80 proc. zatrudnionych, robią głównie "picking". Są jeszcze Łotysze, Litwini, Słowacy, Romowie.

"Niebiescy" - szefowie "teamów". Na każdej zmianie, a to 1,5 tys. ludzi, jest ich kilkudziesięciu. To głównie Polacy, którzy awansowali. Monice ubliżali, krzyczeli, poniżali ją.

"Zakaz rozmowy" - podczas pracy nie wolno się odzywać. Jest za to punkt karny. Za sześć wyrzucają z pracy. Monika jest gadułą, nikt ze strachu nie chciał z nią rozmawiać. Mówili jej: "Nie mów do nas, nie chcemy stracić pracy". Punkt karny dostaje się jeszcze za pobyt w szpitalu, chorobowe, jednodniowy "sick" (złe samopoczucie), spóźnienie i niewyrabianie normy.

"Norma" - ilość towaru, jaki trzeba zebrać do kosza w ciągu godziny. Ale między półkami pracują duże wózki widłowe. Wtedy nie wolno wchodzić w alejkę, co grozi niewyrobieniem normy i punktem karnym. Więc pracownicy wchodzą pod wózki, ryzykując życie.

"Linijka" (w nich liczona jest norma) - to towary do spakowania. Jedne są w paczkach, inne porozrzucane po magazynie, wtedy trudno wyrobić normę. Ciężko zwłaszcza starszym. Monika pamięta starsze małżeństwo - często mdleli, więc pracownicy wyprowadzali ich na dwór. Ale nie chcieli wracać do domu, bali się zwolnienia.

"Woda" - do magazynu nie wolno wnosić swojej. W całej hali stoją dwa dystrybutory, ale bez kubków. Pracownicy biegają do łazienki, żeby pić z kranu.

"Bezpieczeństwo" - po wypadku, np. z wózkiem, przychodzi kierownictwo firmy, by ofiara podpisała dokumenty, że to z jej winy.

"Kartony" - pakuje się do nich rzeczy. Jeśli kartonów brakuje, nie można wyrobić normy. Gdy ktoś krzyknie: "Kartony jadą!", ludzie rzucają się, wyrywając je sobie i szarpiąc się.

"Krzesła" - były w magazynie, by ciężarne i schorowani mogli usiąść, ale zniknęły dwa lata temu. Na terenie magazynu jest zakaz siadania, bo pojawia się nadzór i każe wstać.

"Kabel" - za doniesienie na innego pracownika, że ukradł coś z magazynu, jest nagroda - 50 funtów.

Monika zwolniła się ze Sports Direct, bo chciała więcej czasu spędzać z synem. Dziś ma firmę sprzątającą. Jej chłopak Damian też robi "picking-packing", ale w rzeźni. Pakuje kurczaki. Mają dodatek rodzinny - na leki, lekarzy.

Dokument ''The Truth About Immigration in the UK 2014''

Monika nie zna dziewczyny, która urodziła. - Ale idź do moich rodziców, coś wiedzą.

Renta, leki, okulary

Ania pamięta tylko początek swojego numeru z magazynu - 188. Leszek, jej mąż, wymazał swój z pamięci. Mieszkają niedaleko Moniki, w szeregowcu z czerwonej cegły. Mały salon - skórzane kanapy, telewizor, kominek. Na stole paczka Marlboro z ukraińskimi napisami, z przemytu. Można je kupić spod lady w sklepach prowadzonych przez Pakistańczyków.

Anna ma 45 lat, wygląda na zmęczoną. Z powodu papierosów umiera na obstrukcję płuc. Dotlenia się ze specjalnej skrzyni.

W Polsce zarabiała 600 zł w biurze w Zielonej Górze, w firmie senatora. W Anglii razem z mężem ma 1600 funtów miesięcznie, czyli 8 tys. zł.

W Polsce brali kredyt, by kupić dzieciom podręczniki szkolne, bo po opłatach niewiele zostawało. W Anglii dostali miejskie mieszkanie z czterema sypialniami za ok. 1400 zł miesięcznie. Czekali na nie trzy miesiące. Ich znajomi w Polsce czekają na socjalne 12 lat i właśnie dostali propozycję: kawalerka - a mają trójkę dzieci.

Polityki polskiej nie śledzą, chyba że pcha się do Anglii. Widzieli list Kaczyńskiego do młodych emigrantów: "Wracajcie z Wysp".

Leszek: - Dokąd mają wrócić? Kto im da pracę, taki poziom życia jak tutaj?

Ania pójdzie na rentę i dostanie do 140 funtów tygodniowo, darmowe leki, okulary, dopłatę do mieszkania.

Pracuje w magazynie Direct, jest solidna, punktów nie łapie, zawsze wyrabia normę. Najważniejsze, że zawsze ma regularne wynagrodzenie - 200 funtów tygodniowo, czyli ok. tysiąca złotych. Pracuje już sześć lat bez umowy. Ostatnie miesiące chodziła na sterydach, z inhalatorem w reklamówce. Co jakiś czas rozważa przejście na rentę, ale odkłada, bo co jakiś czas krążą plotki, że w Direct będą dawać umowę na stałe.

Leszek zwolnił się po roku. Nie wytrzymał. - Nawet w Wielkanoc nie mogłem z żoną pogadać, bo ciągle ganiali. A najgorsze, że to Polacy, którzy awansowali.

Przeniósł się do fabryki mrożonek, a tam Afrykanie, Węgrzy, Litwini. Szefami są Pakistańczycy. Nie ma nad nim Polaków - nie ma drylu, zakazów.

Ania: - Gdy tamta kobieta urodziła w toalecie, akurat przyszłam do pracy. Widziałam jeszcze policję i prokuraturę. Nie rozumiem, dlaczego stawia się jej zarzuty. Przecież była dopiero w siódmym miesiącu, wiele kobiet pracuje tutaj do końca ciąży.

Ale Annę najbardziej oburzyła wypowiedź rzecznika firmy Sports Direct, który powiedział w telewizji BBC, że nie wie, czy dziewczyna była ich pracownikiem. Rozśmieszyło to Annę, bo nikt nie wejdzie do magazynu, jeśli system nie zna odcisku palca.

Przypomina sobie jeszcze, że ta dziewczyna, która urodziła, może mieć na imię Ewelina i że jest z Mansfield.

To 100-tysięczne miasto, 25 kilometrów od Nottingham. Zbudowane przez Irlandczyków, zamieszkane przez pracowników kopalni węgla. W latach 90. kopalnie zamknięto, młodzi Anglicy wyjechali, zostali emeryci. Przyjechali imigranci, kilka tysięcy Polaków. Język polski słychać na każdym kroku.

Wielka Brytania przeżywa demograficzny boom. Dzięki imigrantom

Wchodzę do sklepu Migotka, który prowadzi Dorota, matka trójki dzieci. Przyjechała kilka lat temu z Zawiercia. Była sprzątaczką w Sports Direct, ale zwolnili ją dyscyplinarnie, bo podejrzewano, że ma dwie prace, a tego nie wolno. Podała Direct do sądu, podpisali z nią ugodę na 7,5 tys. funtów.

Teraz ma sklep, a jej klienci to Polacy. Kupują wędliny, jajka, nawet sól, bo angielska za mało słona.

Wchodzi Ela, nr z magazynu 188 (XX). Ela niczego w swojej pracy nie lubi, a szczególnie doskwierają jej:

"Numery" - nadają go w magazynie każdemu pracownikowi, by rozpoznał go system komputerowy.

Zakaz chodzenia do pracy w ubraniach należących do holdingu właściciela Direct Sport. Właściciel jest ekspansywny, wykupuje kolejne marki. - Jeśli wykupi Primark, taką tanią, popularną markę odzieżową, to nie będziemy mieli w czym chodzić.

"Torby" - wszyscy noszą do pracy przezroczystą siatkę, a w niej kanapki, kamizelki, bo nie lubią być przeszukiwani przy wejściu, a przez taką torbę od razu wszystko widać.

"Niebiescy" - Polacy w niebieskich kamizelkach są okropni, narzucają rygor.

"Emerdżensi" (emergency - z ang. pogotowie) - ludzie często mdleją, a wtedy trzeba wzywać pogotowie.

Do sklepu wchodzi Grażyna, nr 188XX. Przyjechała 3,5 roku temu z Poznania, gdy zlikwidowano przedszkole, w którym pracowała. Ze Sports Direct zwolnili ją, gdy poszła na chorobowe. Nie wie, czy mogli ją zwolnić, bo nie znała swojej umowy.

Nikt z moich bohaterów nie potrafi powiedzieć, co znajduje się w umowie podpisanej z agencją pośrednictwa, bo była spisana tylko po angielsku.

Grażyna cieszy się, że ją zwolnili. Miała dość "niebieskich", polskich nadzorców. Krzyczeli, poganiali, aż brała tabletki na depresję. - Nawet angielscy menedżerowie byli źli, że Polacy tak poganiają innych Polaków.

Co wiedzą o Ewelinie?

Ela miała wolne, gdy doszło do porodu. Wie tylko, że widziano krew w toalecie i zawołano "niebieskich". Mówiono, że dziewczyna ukrywała ciążę, że obwiązywała brzuch bandażami, dlatego urodziła w siódmym miesiącu. Po porodzie od razu chciała wracać do pracy, pewnie z szoku. Ela słyszała, że Ewelina już nie pracuje w Direct, a dziecko trafiło do rodziny zastępczej.

Znają jednak kobietę, która jeździła z Eweliną tym samym autobusem do pracy. Zostawiam w sklepie numer telefonu, gdyby ta znajoma przyszła po zakupy.

Nagle odzywa się inna klientka, brunetka z kilkuletnią córką.

- Pracowałam na jednej zmianie z Eweliną.

- Widziała to pani? - pytam.

- Nic nie wiem.

- Jak to?

- Nic nie powiem. Ostatnio zwolnili ludzi, którzy wypowiadali się o tym na Facebooku.

Kilka ulic dalej jest sklep Żabka. Szefuje mu Pakistańczyk. Kolejka Polaków stoi po papierosy Fest, tym razem z białoruskimi napisami. Jedna paczka - 2,5 funta. Brytyjskie oryginalne marlboro - 8 funtów.

Następny sklep to Babushka. Za ladą Litwinki. Mówią po rosyjsku, litewsku, angielsku. Dogadują się po polsku, bo - jak mi tłumaczą - Polacy niechętnie uczą się angielskiego. Opowiadają żart: "Czego najszybciej nauczysz się w Anglii? Polskiego".

Kolejka po język

Błażej Kozdroń to były dziennikarz. Do Anglii przyjechał osiem lat temu ze Szczecina. Mieszka z żoną i dwoma synami. Pracował w różnych biurach, a kilka tygodni temu założył organizację non profit, by pomagać Polakom nieznającym angielskiego. - Takim jak ta Ewelina, by mogła przyjść i powiedzieć: "Jestem w ciąży. Powiedzieć pracodawcy? Czy może mnie zwolnić? Do jakich zasiłków mam wtedy prawo?".

Dokument ''The Hidden World of Britain's Immigrants''

Kozdroń dzwonił wcześniej w imieniu znajomych do urzędów, tłumaczył dokumenty. Chce to robić oficjalnie, stara się o dofinansowanie z gminy. - Pierwszego dnia, gdy ogłosiłem otwarcie na Facebooku, pod biurem ustawiła się kolejka Polaków. Prosili o pomoc w załatwieniu zasiłku, dogadaniu się z właścicielem domu.

Kozdroń uważa, że Anglicy przestają patrzeć wrogo na Polaków: słuchają tej samej muzyki, kibicują tym samym klubom.

Anna - zerwała z Polską, nie poda nazwiska, bo nie chce być rozpoznana przez polskich krewnych - przyjechała kilka lat temu do pracy w domu opieki. Obecnie pracuje w agencji medycznej, pomaga osobom niepełnosprawnym. Zapisała się do Partii Pracy, chce startować w wyborach do rady miasta. Jest samotną matką z dwójką dzieci, angielskiego uczyła się po nocach, poszła na studia magisterskie.

- Któregoś dnia zapukał do moich drzwi angielski radny, długo rozmawialiśmy, namawiał, żebym startowała w wyborach w 2015 roku, reprezentowała Polaków z Mansfield.

Anna nie lubi Partii Konserwatywnej i premiera Davida Camerona, który ogłosił właśnie, że ogranicza politykę imigracyjną. - Wywodzą się z klasy arystokratycznej, nie wiedzą, co znaczy brak jedzenia na talerzu - Anna wzrusza ramionami.

- A jacy są pani znajomi, Polacy, w Mansfield?

- Coraz lepiej zasymilowani. Niechęć spada na Bułgarów i Rumunów, dla których Anglia musiała miesiąc temu otworzyć rynek pracy. Na Facebooku czytałam: "Narzekaliśmy na Polaków, to teraz mamy".

Bryan Lohan, radny z Mansfield, polubił Polaków. - Dopóki pracują, jest dobrze. Wkładają pieniądze w miasto, rozwijają je.

Dziwi się tylko, że Polacy nie uczestniczą w życiu politycznym, nie głosują.

"Pokaż majtki"

Ewa, pięćdziesięciolatka, przyjechała z Gdańska. Uśmiechnięta, ruchliwa, z burzą rudych włosów. W Sports Direct wytrzymała rok. Spotykam ją w centrum handlowym w Derby, 40 kilometrów od Mansfield, kolejnym mieście, gdzie można spotkać pracowników magazynu.

Ewa do Anglii przyleciała dwa lata temu, by spłacić kredyt mieszkaniowy. W Polsce była salową, zarabiała 1100 zł. Myślała, że zna angielski, ale po przyjeździe nic nie rozumiała. Gdy chce załatwić coś w angielskim urzędzie przez telefon, prosi szwagierkę, by dzwoniła i przedstawiała się za nią.

Brytyjska burza o zasiłki. Gospodarka naprawdę traci przez polskich emigrantów?

Ewa nie lubiła w pracy:

"Przeszukania" - ustawiania się w kolejce, po pracy, przed grupą nadzorców. Raz miała koszulkę na ramiączkach, polska "niebieska" kazała ją zdjąć, by sprawdzić, jakiej marki, a potem rozpiąć spodnie i pokazać metkę od majtek, czy aby nie z magazynu. Pokazała, ale koszulki nie zdjęła. Obok stali mężczyźni. Żadnego parawanu.

Ewa bała się, gdy wprowadzili skanery.

"Palca" - systemu ewidencji pracowników. Zaczął działać po świętach 2012 roku. Kazano pracownikom przyłożyć opuszek palca wskazującego do skanera. Jeśli przy wejściu z czytnikiem odcisków bramka się nie otworzyła, to oznaczało, że właściciel palca już nie pracuje. Koleżance Ewy drzwi się nie otworzyły i do pracy nie weszła. Ewa drżała za każdym razem, gdy przykładała swój palec.

Idę z Ewą do dzielnicy emigrantów zwanej Bollywood. Widzę sklep z szyldem Nasza Biedronka, który łudząco przypomina logo polskiego dyskontu. Ale właścicielami są Pakistańczycy. Polacy tylko wykładają towar.

"Bez komentarza"

Jadę autobusem do Shirebrook, gdzie stoi magazyn Sports Direct. Miasteczko wymarłe: sypiące się kamienice, zabite dyktą okna, połamane szyldy. Sklep Żabka z doklejoną niedbale kropką nad "z". Właściciel: Pakistańczyk. Inny sklep pod szyldem Polish Food Store, a po bokach dwa białe orły. Za ladą pakistańskie rodzeństwo.

- Gdzie jest magazyn? - pytam.

- Wyjdź z rynku, spójrz w górę.

Kończy się poranna zmiana, gdy patrzę na wzniesienie: gąszcz gigantycznych, połyskujących blachą hal. Prowadzi do nich asfaltowa droga, po której jak mrówki wspinają się ludzie w roboczych kamizelkach, trzymając zawiązane na supeł białe reklamówki.

Podchodzę do hal, mijam sklep z firmowymi ubraniami, sprzętem sportowym. Kilka godzin wcześniej napisałam do Sports Direct prośbę o spotkanie. Nie odpowiedzieli. Zadzwoniłam - rzecznik prasowy obiecał oddzwonić.

W recepcji wita mnie Angielka, niska, krótko obcięta, w swetrze.

- Niczego nie komentuję - mówi, choć nie zadałam jeszcze pytania. Nie chce się przedstawić. Na końcu mówi jednak, że jest menedżerką ds. zasobów ludzkich.

Dzwonię znów do rzecznika. Godzi się na rozmowę. Po pierwszym pytaniu dotyczącym pracowników - o zakazie picia, chodzenia do toalety - przerywa, prosi o maila.

W redakcji lokalnej gazety "Chad", która jako pierwsza podała informację o porodzie, wita mnie Andy Done-Jonson. Pisał o sprawie porodu w Sports Direct, szykuje kolejne artykuły. Pytam, czy firma z nim współpracuje. - Nie. Jestem dziennikarzem od 15 lat i po raz pierwszy coś takiego mnie spotyka.

Przyznaje też, że nie wie, która wersja z porodem jest prawdziwa. - Najpierw pisaliśmy, że dziecko zostało przez matkę porzucone - tak mówili informatorzy. Potem dominowało przekonanie, że kobieta chciała iść do domu, ale jej nie puścili.

Praca jest, ale... czy na pewno? Już milion Brytyjczyków ma umowy o pracę w wymiarze... zero godzin


Dziurawe skarpetki? Ściągać!

Anita (nr 222XX) niebieską kamizelkę nosiła przez rok. Pracowała na "tunnelingu". To dział zwrotów. Towary, które tu trafiają, trzeba odłożyć z powrotem na półki. Jej "norma" liczyła się w skanach - 200 zeskanowanych i przygotowanych do odniesienia do magazynu rzeczy. Znała angielski, więc po dwóch tygodniach zawołał ją Paweł, menedżer. Jedyny Polak w Direct, który zaszedł tak wysoko. Bano się go.

- Zostaniesz team leaderem, włożysz niebieską kamizelkę. Dostaniesz 20 pensów na godzinę więcej - usłyszała.

"Niebiescy" nie muszą pracować fizycznie, tylko nadzorować zwykłych pracowników.

- Paweł ochrzaniał nas, "niebieskich", krzyczał. Nie chciałam tak rządzić moimi ludźmi. Kiedyś pomogłam komuś nieść ciężką skrzynkę i bark mi wyskoczył. Paweł powiedział pogardliwie: "Po co to robisz? Masz od tego ludzi". Zezwalałam na rozmowy w pracy, a Paweł podchodził, zwracał uwagę, że nie wolno. Był strażnikiem norm, tabelek, wyników.

Jedna z pracownic uderzyła się w głowę, mdlała, miała zaburzenia widzenia. Anita poszła do Pawła, poprosiła o wezwanie "emerdżensów". - Załatw to szybko i wracaj do pracy - powiedział. Pogotowie przyjechało po półgodzinie, ale nie mogło wjechać do magazynu, bo brama była zastawiona paczkami.

Życie Pawła zna tylko z plotek: zaczynał we Włoszech, w innym magazynie, potem przyjechał do Anglii, do Direct. Najpierw był zwykłym pracownikiem, potem "niebieskim", w końcu menedżerem. Ponoć za swoje podejście do ludzi został pobity przez polskich pracowników.

Anita nie lubiła przeszukiwać. Raz przyszedł do niej chłopak, mówiąc, że ma majtki z firmy, której towary są w magazynie, ale kupił za swoje. Poszli do ochrony, a ci kazali mu wybierać: oddaje albo tego dnia nie pracuje. Wrócił do domu. Anita widziała, że nawet dziurawe skarpetki ochrona kazała ściągać, jeśli były z metką z Direct. - Jest mi przykro, bo widziałam, jak sami "niebiescy" kradną: skarpetki, rękawiczki, bo nikt ich nie sprawdza.

- Kto zakazuje wnoszenia wody, chodzenia do toalet, rozmawiania? - pytam.

- Nikt nie mówi tego odgórnie. Mój angielski menedżer powiedział: zróbcie normę, to wszystko. Dał mi wolną rękę. To polscy "niebiescy" narzucili rygor. Jeden z moich kolegów, gdy dostał kamizelkę, zaczął ludzi gnoić. Zmienił się nie do poznania. Za 6,5 funta na godzinę?

Anita została zwolniona. Podejrzewa, że przez złe relacje z Pawłem. Na koniec wytknęli jej każde spóźnienie. Jest w czwartym miesiącu ciąży, pracuje w drukarni, wśród Anglików. - Nie pozwalają mi się przepracowywać, aż mi głupio. Traktują jak niepełnosprawną.

Anita: - To polscy "niebiescy" narzucili rygor. Jeden z moich kolegów, gdy dostał niebieską kamizelkę, zaczął ludzi gnoić

Dzwonię do Pawła, byłego szefa Anity. Przedstawiam się.

- Skąd ma pani mój numer?

- Od jednego z pracowników.

- Proszę o jego nazwisko.

- Nie podam.

- To nie będziemy rozmawiać.

"To dla mnie dramat"

Laurence Platt pracuje w największej w Anglii organizacji związkowej Unite the Union. Bada warunki pracy w Sports Direct. Uważa, że pracownicy z Europy Wschodniej nie są informowani o swoich prawach, więc nie potrafią ich egzekwować. Przyznaje, że w Wielkiej Brytanii jest duża liczba pracodawców, którzy maltretują pracowników.

- Czy może pani skontaktować mnie z Eweliną? - pyta. - Mamy w związkach bardzo dobrych prawników, za darmo podejmą się jej sprawy.

Wracam do Mansfield. W sklepie Migotka pojawiła się wcześniej znajoma, która jeździła do pracy jednym busem z Eweliną. Zostawiła numer.

- Ale numeru do Eweliny nie podam. Powiem, że jej szukacie - słyszę w słuchawce.

Przeszukuję fora internetowe, znajduję nazwisko Eweliny. Ma profil na Facebooku. Piszę wiadomość.

Odpowiedź: "Proszę dać mi parę dni do namysłu, to dla mnie straszny dramat, który zaczął się miesiąc temu i z każdej strony czuję presję wywieraną na mnie w sprawie Directu".

Z profilu wynika, że pochodzi z okolic Małopolski, skończyła liceum, gustuje w muzyce dyskotekowej.

Piszę jej o prawniku z Unite the Union. Czekam na odpowiedź.

Platt wyjaśnia mi, że zgłaszali do sądu pracy przypadki nadużyć w różnych firmach, ale pracownicy wolą pójść na ugodę z pracodawcą, by uniknąć stresu związanego z sądem.

Właścicielem Sports Direct jest Mike Ashley, 54-letni korpulentny brunet z majątkiem 3,5 mld dol. Zajmuje 13. miejsce wśród miliarderów w Wielkiej Brytanii. Na świecie jest 384. Pierwszy sklep otworzył, mając 16 lat. Teraz ma ich ponad 500. Jest też właścicielem 28 marek, m.in. Donnay, Lonsdale, Kangol, Dunlop, Slazenger.

Ashley unika wywiadów, mediów społecznościowych. "Samotnik i indywidualista. Nawet jego pracownicy nie wiedzą, jak wygląda" - piszą o nim gazety. Opisują też dekoracje świąteczne, które zawiesza na swojej posiadłości pod Londynem. Przyjeżdżają je oglądać tłumy turystów.

Od siedmiu lat jest właścicielem klubu piłkarskiego Newcastle United. Kupił go za 140 mln funtów. Początkowo wzbudzał szacunek kibiców: oglądał mecze ze zwykłej trybuny, nosił klubową koszulkę, przesiadywał w pubach. Rozgniewał ich, gdy zwolnił ich ulubionego menedżera, a potem - chcąc zmienić nazwę stadionu na Sports Direct Arena.

Jako szef Ashley słynie z zatrudniania pracowników na kontrakty "zerogodzinne". W Sports Direct pracuje tak 20 tys. osób, czyli 90 proc. załogi. Według danych urzędu statystycznego stanowią jedną dziesiątą wszystkich Brytyjczyków pracujących na takich kontraktach. Tacy pracownicy nie wiedzą, ile godzin przepracują w danym tygodniu, nie mają prawa do urlopu czy chorobowego.

Latem ub. roku jego Direct został skrytykowany za politykę pracowniczą przez parlamentarzystów i związkowców. Domagali się spotkania z Ashleyem, ale firma nawet nie wchodziła z nimi w komentarze.

Na stronie internetowej koncernu czytam: "Nasi pracownicy są sercem naszego zakładu. Ciągle rozwijające się umiejętności i entuzjazm 24 tys. ludzi jest kluczem do naszego sukcesu".

Pytam Ewę z burzą rudych włosów, czy widziała kiedyś Ashleya. Nie. Ale pamięta poruszenie, gdy przyleciał swoim helikopterem. - Przy magazynie jest lądowisko. Wszyscy kierownicy biegli, jakby sekretarza partii witali.

A Anita? - Widziałam. Przylatywał albo przyjeżdżał limuzyną z kierowcą, takim wielkim, w czarnym garniturze.

Ewelina odpisała mi, że angielski adwokat odradził jej rozmowę.

Sports Direct odpisał, że nie odpowie na żadne moje pytanie.


taki jeden szczegol,nikt tym paniom nie kazal w direkcie pracowac,zawsze moga isc gdzie indziej... czemu nie pojda ?? bo nie mowia po angielsku !! i z tego tez powodu nie postawia sie rzadzacym... bo sie nie dogadaja,wiec jesli nie gadasz po ang to nie przyjezdzaj do anglii... a jak nie gadasz po ang to zasuwaj,cos za cos
 
 
janusz362 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 45
Dołączył: 28 Kwi 2011
Posty: 127
Wysłany: 2014-02-24, 19:40   

martynaj napisał/a:
kondra1005 napisał/a:
trzeba zaplacic aby przeczytac wiec wklejam tekst skopiowany z linku powyzej:


Po pracy trzeba rozpiąć spodnie i pokazać metkę od majtek
1 stycznia 2014 roku. Stutysięczny Mansfield śpi po hucznym sylwestrze. Długowłosa, młoda blondynka w okularach zakłada spodnie, bluzę, do przezroczystej reklamówki wkłada zieloną kamizelkę. Boli ją podbrzusze, ale wychodzi z domu. Wsiada do busa, jedzie kilka kilometrów dalej. Wysiada przy magazynie firmy Sports Direct. To wielki koncern warty kilka miliardów funtów, czołowy dystrybutor odzieży sportowej w Europie, z ponad 500 sklepami.

Blondynka przykłada palec do skanera, zakłada kamizelkę szeregowego pracownika. Dostaje karton, metalowy wózek i kartkę z zamówieniem. W godzinę musi spakować kilkadziesiąt produktów. Magazyn ma ich kilkanaście tysięcy, wyrobienie normy jest trudne. Dziewczyna musi biegać z ciężkim wózkiem. Ból brzucha ją łamie, chowa się w toalecie. Godzinę później na teren zakładu wjeżdża ambulans, ktoś krzyczy, że w łazience leży noworodek.

Picking-packing

Lokalny tygodnik "Chad" podaje, że imigrantka z Europy Wschodniej porzuciła nowo narodzone dziecko w toalecie. Kolejny artykuł - policja zatrzymuje kobietę za umyślne zaniedbanie dziecka.

W tym czasie 28-latka trzęsie się ze strachu w komisariacie w Chesterfield. Nie mówi po angielsku, policja wzywa tłumacza. Przyjeżdża adwokat z urzędu.

Opiekę nad noworodkiem, chłopcem, przejmuje opieka społeczna. Kobieta wychodzi na wolność, bo policja nie ma dowodów na zaniedbanie, ale zakazuje jej opuszczać Anglię.

Na polskich forach internetowych pojawiają się komentarze: "Chciała się zwolnić z pracy, ale superwajzorka jej nie puściła", "Nie wolno [w magazynie] śmiać się, rozmawiać, chorować, a nawet korzystać z toalety". "Po zakończeniu każdej zmiany każą się rozbierać, przeszukują".

Polskojęzyczna gazeta "Nasze Strony" oskarża brytyjskie media, że wykorzystują historię, by zohydzić emigrantów.

Mariusz Paplaczyk jest specjalistą od brytyjskiego prawa - bronił skazanego za gwałt na Angielce Jakuba Tomczaka. - Z angielskimi prawnikami z urzędu bywa różnie, z reguły nie przejmują się losem polskich klientów. Trzeba dziewczynę koniecznie znaleźć i jej pomóc - mówi Paplaczyk.

Lecę do Anglii.

Nie znam nawet imienia 28-latki. Idę do biura pracy w Nottingham, które rekrutuje do magazynu. Na oknach kamienicy różowy baner: "Praca na magazynie. Dnie, popołudnia, noce". Nie chcą rozmawiać.

Polka urodziła dziecko w magazynie brytyjskiej firmy, a później została aresztowana

W Nottingham, przy sklepie Bigos, który sprzedaje polskie szynki, umawiam się z Moniką. W fabryce Direct miała nr 193XXX. Ma 24 lata, przybyła z Jasienia. Drobna blondynka w getrach, wygląda jak nastolatka. Idziemy do jej mieszkania w kamienicy: łóżko, szafka, na ścianie plakat z Myszką Miki. Aneks kuchenny, dwie skórzane kanapy, szafa. W oknach firanki. Po pokoju biega jej czteroletni syn Kevin. W telewizji lecą bajki. Po polsku.

- Mamo, dużo mamy prądu? - pyta Kevin.

- Dużo - macha ręką Monika. W wynajmowanych mieszkaniach w Anglii prąd jest na "kluczyk" - przypomina pendrive. Doładowujesz go w sklepach.

Monika nie pracuje już w magazynie. Miała dość obowiązujących tam zasad.

"Picking-packing" - zbieranie i ładowanie towaru. Polacy, a to 80 proc. zatrudnionych, robią głównie "picking". Są jeszcze Łotysze, Litwini, Słowacy, Romowie.

"Niebiescy" - szefowie "teamów". Na każdej zmianie, a to 1,5 tys. ludzi, jest ich kilkudziesięciu. To głównie Polacy, którzy awansowali. Monice ubliżali, krzyczeli, poniżali ją.

"Zakaz rozmowy" - podczas pracy nie wolno się odzywać. Jest za to punkt karny. Za sześć wyrzucają z pracy. Monika jest gadułą, nikt ze strachu nie chciał z nią rozmawiać. Mówili jej: "Nie mów do nas, nie chcemy stracić pracy". Punkt karny dostaje się jeszcze za pobyt w szpitalu, chorobowe, jednodniowy "sick" (złe samopoczucie), spóźnienie i niewyrabianie normy.

"Norma" - ilość towaru, jaki trzeba zebrać do kosza w ciągu godziny. Ale między półkami pracują duże wózki widłowe. Wtedy nie wolno wchodzić w alejkę, co grozi niewyrobieniem normy i punktem karnym. Więc pracownicy wchodzą pod wózki, ryzykując życie.

"Linijka" (w nich liczona jest norma) - to towary do spakowania. Jedne są w paczkach, inne porozrzucane po magazynie, wtedy trudno wyrobić normę. Ciężko zwłaszcza starszym. Monika pamięta starsze małżeństwo - często mdleli, więc pracownicy wyprowadzali ich na dwór. Ale nie chcieli wracać do domu, bali się zwolnienia.

"Woda" - do magazynu nie wolno wnosić swojej. W całej hali stoją dwa dystrybutory, ale bez kubków. Pracownicy biegają do łazienki, żeby pić z kranu.

"Bezpieczeństwo" - po wypadku, np. z wózkiem, przychodzi kierownictwo firmy, by ofiara podpisała dokumenty, że to z jej winy.

"Kartony" - pakuje się do nich rzeczy. Jeśli kartonów brakuje, nie można wyrobić normy. Gdy ktoś krzyknie: "Kartony jadą!", ludzie rzucają się, wyrywając je sobie i szarpiąc się.

"Krzesła" - były w magazynie, by ciężarne i schorowani mogli usiąść, ale zniknęły dwa lata temu. Na terenie magazynu jest zakaz siadania, bo pojawia się nadzór i każe wstać.

"Kabel" - za doniesienie na innego pracownika, że ukradł coś z magazynu, jest nagroda - 50 funtów.

Monika zwolniła się ze Sports Direct, bo chciała więcej czasu spędzać z synem. Dziś ma firmę sprzątającą. Jej chłopak Damian też robi "picking-packing", ale w rzeźni. Pakuje kurczaki. Mają dodatek rodzinny - na leki, lekarzy.

Dokument ''The Truth About Immigration in the UK 2014''

Monika nie zna dziewczyny, która urodziła. - Ale idź do moich rodziców, coś wiedzą.

Renta, leki, okulary

Ania pamięta tylko początek swojego numeru z magazynu - 188. Leszek, jej mąż, wymazał swój z pamięci. Mieszkają niedaleko Moniki, w szeregowcu z czerwonej cegły. Mały salon - skórzane kanapy, telewizor, kominek. Na stole paczka Marlboro z ukraińskimi napisami, z przemytu. Można je kupić spod lady w sklepach prowadzonych przez Pakistańczyków.

Anna ma 45 lat, wygląda na zmęczoną. Z powodu papierosów umiera na obstrukcję płuc. Dotlenia się ze specjalnej skrzyni.

W Polsce zarabiała 600 zł w biurze w Zielonej Górze, w firmie senatora. W Anglii razem z mężem ma 1600 funtów miesięcznie, czyli 8 tys. zł.

W Polsce brali kredyt, by kupić dzieciom podręczniki szkolne, bo po opłatach niewiele zostawało. W Anglii dostali miejskie mieszkanie z czterema sypialniami za ok. 1400 zł miesięcznie. Czekali na nie trzy miesiące. Ich znajomi w Polsce czekają na socjalne 12 lat i właśnie dostali propozycję: kawalerka - a mają trójkę dzieci.

Polityki polskiej nie śledzą, chyba że pcha się do Anglii. Widzieli list Kaczyńskiego do młodych emigrantów: "Wracajcie z Wysp".

Leszek: - Dokąd mają wrócić? Kto im da pracę, taki poziom życia jak tutaj?

Ania pójdzie na rentę i dostanie do 140 funtów tygodniowo, darmowe leki, okulary, dopłatę do mieszkania.

Pracuje w magazynie Direct, jest solidna, punktów nie łapie, zawsze wyrabia normę. Najważniejsze, że zawsze ma regularne wynagrodzenie - 200 funtów tygodniowo, czyli ok. tysiąca złotych. Pracuje już sześć lat bez umowy. Ostatnie miesiące chodziła na sterydach, z inhalatorem w reklamówce. Co jakiś czas rozważa przejście na rentę, ale odkłada, bo co jakiś czas krążą plotki, że w Direct będą dawać umowę na stałe.

Leszek zwolnił się po roku. Nie wytrzymał. - Nawet w Wielkanoc nie mogłem z żoną pogadać, bo ciągle ganiali. A najgorsze, że to Polacy, którzy awansowali.

Przeniósł się do fabryki mrożonek, a tam Afrykanie, Węgrzy, Litwini. Szefami są Pakistańczycy. Nie ma nad nim Polaków - nie ma drylu, zakazów.

Ania: - Gdy tamta kobieta urodziła w toalecie, akurat przyszłam do pracy. Widziałam jeszcze policję i prokuraturę. Nie rozumiem, dlaczego stawia się jej zarzuty. Przecież była dopiero w siódmym miesiącu, wiele kobiet pracuje tutaj do końca ciąży.

Ale Annę najbardziej oburzyła wypowiedź rzecznika firmy Sports Direct, który powiedział w telewizji BBC, że nie wie, czy dziewczyna była ich pracownikiem. Rozśmieszyło to Annę, bo nikt nie wejdzie do magazynu, jeśli system nie zna odcisku palca.

Przypomina sobie jeszcze, że ta dziewczyna, która urodziła, może mieć na imię Ewelina i że jest z Mansfield.

To 100-tysięczne miasto, 25 kilometrów od Nottingham. Zbudowane przez Irlandczyków, zamieszkane przez pracowników kopalni węgla. W latach 90. kopalnie zamknięto, młodzi Anglicy wyjechali, zostali emeryci. Przyjechali imigranci, kilka tysięcy Polaków. Język polski słychać na każdym kroku.

Wielka Brytania przeżywa demograficzny boom. Dzięki imigrantom

Wchodzę do sklepu Migotka, który prowadzi Dorota, matka trójki dzieci. Przyjechała kilka lat temu z Zawiercia. Była sprzątaczką w Sports Direct, ale zwolnili ją dyscyplinarnie, bo podejrzewano, że ma dwie prace, a tego nie wolno. Podała Direct do sądu, podpisali z nią ugodę na 7,5 tys. funtów.

Teraz ma sklep, a jej klienci to Polacy. Kupują wędliny, jajka, nawet sól, bo angielska za mało słona.

Wchodzi Ela, nr z magazynu 188 (XX). Ela niczego w swojej pracy nie lubi, a szczególnie doskwierają jej:

"Numery" - nadają go w magazynie każdemu pracownikowi, by rozpoznał go system komputerowy.

Zakaz chodzenia do pracy w ubraniach należących do holdingu właściciela Direct Sport. Właściciel jest ekspansywny, wykupuje kolejne marki. - Jeśli wykupi Primark, taką tanią, popularną markę odzieżową, to nie będziemy mieli w czym chodzić.

"Torby" - wszyscy noszą do pracy przezroczystą siatkę, a w niej kanapki, kamizelki, bo nie lubią być przeszukiwani przy wejściu, a przez taką torbę od razu wszystko widać.

"Niebiescy" - Polacy w niebieskich kamizelkach są okropni, narzucają rygor.

"Emerdżensi" (emergency - z ang. pogotowie) - ludzie często mdleją, a wtedy trzeba wzywać pogotowie.

Do sklepu wchodzi Grażyna, nr 188XX. Przyjechała 3,5 roku temu z Poznania, gdy zlikwidowano przedszkole, w którym pracowała. Ze Sports Direct zwolnili ją, gdy poszła na chorobowe. Nie wie, czy mogli ją zwolnić, bo nie znała swojej umowy.

Nikt z moich bohaterów nie potrafi powiedzieć, co znajduje się w umowie podpisanej z agencją pośrednictwa, bo była spisana tylko po angielsku.

Grażyna cieszy się, że ją zwolnili. Miała dość "niebieskich", polskich nadzorców. Krzyczeli, poganiali, aż brała tabletki na depresję. - Nawet angielscy menedżerowie byli źli, że Polacy tak poganiają innych Polaków.

Co wiedzą o Ewelinie?

Ela miała wolne, gdy doszło do porodu. Wie tylko, że widziano krew w toalecie i zawołano "niebieskich". Mówiono, że dziewczyna ukrywała ciążę, że obwiązywała brzuch bandażami, dlatego urodziła w siódmym miesiącu. Po porodzie od razu chciała wracać do pracy, pewnie z szoku. Ela słyszała, że Ewelina już nie pracuje w Direct, a dziecko trafiło do rodziny zastępczej.

Znają jednak kobietę, która jeździła z Eweliną tym samym autobusem do pracy. Zostawiam w sklepie numer telefonu, gdyby ta znajoma przyszła po zakupy.

Nagle odzywa się inna klientka, brunetka z kilkuletnią córką.

- Pracowałam na jednej zmianie z Eweliną.

- Widziała to pani? - pytam.

- Nic nie wiem.

- Jak to?

- Nic nie powiem. Ostatnio zwolnili ludzi, którzy wypowiadali się o tym na Facebooku.

Kilka ulic dalej jest sklep Żabka. Szefuje mu Pakistańczyk. Kolejka Polaków stoi po papierosy Fest, tym razem z białoruskimi napisami. Jedna paczka - 2,5 funta. Brytyjskie oryginalne marlboro - 8 funtów.

Następny sklep to Babushka. Za ladą Litwinki. Mówią po rosyjsku, litewsku, angielsku. Dogadują się po polsku, bo - jak mi tłumaczą - Polacy niechętnie uczą się angielskiego. Opowiadają żart: "Czego najszybciej nauczysz się w Anglii? Polskiego".

Kolejka po język

Błażej Kozdroń to były dziennikarz. Do Anglii przyjechał osiem lat temu ze Szczecina. Mieszka z żoną i dwoma synami. Pracował w różnych biurach, a kilka tygodni temu założył organizację non profit, by pomagać Polakom nieznającym angielskiego. - Takim jak ta Ewelina, by mogła przyjść i powiedzieć: "Jestem w ciąży. Powiedzieć pracodawcy? Czy może mnie zwolnić? Do jakich zasiłków mam wtedy prawo?".

Dokument ''The Hidden World of Britain's Immigrants''

Kozdroń dzwonił wcześniej w imieniu znajomych do urzędów, tłumaczył dokumenty. Chce to robić oficjalnie, stara się o dofinansowanie z gminy. - Pierwszego dnia, gdy ogłosiłem otwarcie na Facebooku, pod biurem ustawiła się kolejka Polaków. Prosili o pomoc w załatwieniu zasiłku, dogadaniu się z właścicielem domu.

Kozdroń uważa, że Anglicy przestają patrzeć wrogo na Polaków: słuchają tej samej muzyki, kibicują tym samym klubom.

Anna - zerwała z Polską, nie poda nazwiska, bo nie chce być rozpoznana przez polskich krewnych - przyjechała kilka lat temu do pracy w domu opieki. Obecnie pracuje w agencji medycznej, pomaga osobom niepełnosprawnym. Zapisała się do Partii Pracy, chce startować w wyborach do rady miasta. Jest samotną matką z dwójką dzieci, angielskiego uczyła się po nocach, poszła na studia magisterskie.

- Któregoś dnia zapukał do moich drzwi angielski radny, długo rozmawialiśmy, namawiał, żebym startowała w wyborach w 2015 roku, reprezentowała Polaków z Mansfield.

Anna nie lubi Partii Konserwatywnej i premiera Davida Camerona, który ogłosił właśnie, że ogranicza politykę imigracyjną. - Wywodzą się z klasy arystokratycznej, nie wiedzą, co znaczy brak jedzenia na talerzu - Anna wzrusza ramionami.

- A jacy są pani znajomi, Polacy, w Mansfield?

- Coraz lepiej zasymilowani. Niechęć spada na Bułgarów i Rumunów, dla których Anglia musiała miesiąc temu otworzyć rynek pracy. Na Facebooku czytałam: "Narzekaliśmy na Polaków, to teraz mamy".

Bryan Lohan, radny z Mansfield, polubił Polaków. - Dopóki pracują, jest dobrze. Wkładają pieniądze w miasto, rozwijają je.

Dziwi się tylko, że Polacy nie uczestniczą w życiu politycznym, nie głosują.

"Pokaż majtki"

Ewa, pięćdziesięciolatka, przyjechała z Gdańska. Uśmiechnięta, ruchliwa, z burzą rudych włosów. W Sports Direct wytrzymała rok. Spotykam ją w centrum handlowym w Derby, 40 kilometrów od Mansfield, kolejnym mieście, gdzie można spotkać pracowników magazynu.

Ewa do Anglii przyleciała dwa lata temu, by spłacić kredyt mieszkaniowy. W Polsce była salową, zarabiała 1100 zł. Myślała, że zna angielski, ale po przyjeździe nic nie rozumiała. Gdy chce załatwić coś w angielskim urzędzie przez telefon, prosi szwagierkę, by dzwoniła i przedstawiała się za nią.

Brytyjska burza o zasiłki. Gospodarka naprawdę traci przez polskich emigrantów?

Ewa nie lubiła w pracy:

"Przeszukania" - ustawiania się w kolejce, po pracy, przed grupą nadzorców. Raz miała koszulkę na ramiączkach, polska "niebieska" kazała ją zdjąć, by sprawdzić, jakiej marki, a potem rozpiąć spodnie i pokazać metkę od majtek, czy aby nie z magazynu. Pokazała, ale koszulki nie zdjęła. Obok stali mężczyźni. Żadnego parawanu.

Ewa bała się, gdy wprowadzili skanery.

"Palca" - systemu ewidencji pracowników. Zaczął działać po świętach 2012 roku. Kazano pracownikom przyłożyć opuszek palca wskazującego do skanera. Jeśli przy wejściu z czytnikiem odcisków bramka się nie otworzyła, to oznaczało, że właściciel palca już nie pracuje. Koleżance Ewy drzwi się nie otworzyły i do pracy nie weszła. Ewa drżała za każdym razem, gdy przykładała swój palec.

Idę z Ewą do dzielnicy emigrantów zwanej Bollywood. Widzę sklep z szyldem Nasza Biedronka, który łudząco przypomina logo polskiego dyskontu. Ale właścicielami są Pakistańczycy. Polacy tylko wykładają towar.

"Bez komentarza"

Jadę autobusem do Shirebrook, gdzie stoi magazyn Sports Direct. Miasteczko wymarłe: sypiące się kamienice, zabite dyktą okna, połamane szyldy. Sklep Żabka z doklejoną niedbale kropką nad "z". Właściciel: Pakistańczyk. Inny sklep pod szyldem Polish Food Store, a po bokach dwa białe orły. Za ladą pakistańskie rodzeństwo.

- Gdzie jest magazyn? - pytam.

- Wyjdź z rynku, spójrz w górę.

Kończy się poranna zmiana, gdy patrzę na wzniesienie: gąszcz gigantycznych, połyskujących blachą hal. Prowadzi do nich asfaltowa droga, po której jak mrówki wspinają się ludzie w roboczych kamizelkach, trzymając zawiązane na supeł białe reklamówki.

Podchodzę do hal, mijam sklep z firmowymi ubraniami, sprzętem sportowym. Kilka godzin wcześniej napisałam do Sports Direct prośbę o spotkanie. Nie odpowiedzieli. Zadzwoniłam - rzecznik prasowy obiecał oddzwonić.

W recepcji wita mnie Angielka, niska, krótko obcięta, w swetrze.

- Niczego nie komentuję - mówi, choć nie zadałam jeszcze pytania. Nie chce się przedstawić. Na końcu mówi jednak, że jest menedżerką ds. zasobów ludzkich.

Dzwonię znów do rzecznika. Godzi się na rozmowę. Po pierwszym pytaniu dotyczącym pracowników - o zakazie picia, chodzenia do toalety - przerywa, prosi o maila.

W redakcji lokalnej gazety "Chad", która jako pierwsza podała informację o porodzie, wita mnie Andy Done-Jonson. Pisał o sprawie porodu w Sports Direct, szykuje kolejne artykuły. Pytam, czy firma z nim współpracuje. - Nie. Jestem dziennikarzem od 15 lat i po raz pierwszy coś takiego mnie spotyka.

Przyznaje też, że nie wie, która wersja z porodem jest prawdziwa. - Najpierw pisaliśmy, że dziecko zostało przez matkę porzucone - tak mówili informatorzy. Potem dominowało przekonanie, że kobieta chciała iść do domu, ale jej nie puścili.

Praca jest, ale... czy na pewno? Już milion Brytyjczyków ma umowy o pracę w wymiarze... zero godzin


Dziurawe skarpetki? Ściągać!

Anita (nr 222XX) niebieską kamizelkę nosiła przez rok. Pracowała na "tunnelingu". To dział zwrotów. Towary, które tu trafiają, trzeba odłożyć z powrotem na półki. Jej "norma" liczyła się w skanach - 200 zeskanowanych i przygotowanych do odniesienia do magazynu rzeczy. Znała angielski, więc po dwóch tygodniach zawołał ją Paweł, menedżer. Jedyny Polak w Direct, który zaszedł tak wysoko. Bano się go.

- Zostaniesz team leaderem, włożysz niebieską kamizelkę. Dostaniesz 20 pensów na godzinę więcej - usłyszała.

"Niebiescy" nie muszą pracować fizycznie, tylko nadzorować zwykłych pracowników.

- Paweł ochrzaniał nas, "niebieskich", krzyczał. Nie chciałam tak rządzić moimi ludźmi. Kiedyś pomogłam komuś nieść ciężką skrzynkę i bark mi wyskoczył. Paweł powiedział pogardliwie: "Po co to robisz? Masz od tego ludzi". Zezwalałam na rozmowy w pracy, a Paweł podchodził, zwracał uwagę, że nie wolno. Był strażnikiem norm, tabelek, wyników.

Jedna z pracownic uderzyła się w głowę, mdlała, miała zaburzenia widzenia. Anita poszła do Pawła, poprosiła o wezwanie "emerdżensów". - Załatw to szybko i wracaj do pracy - powiedział. Pogotowie przyjechało po półgodzinie, ale nie mogło wjechać do magazynu, bo brama była zastawiona paczkami.

Życie Pawła zna tylko z plotek: zaczynał we Włoszech, w innym magazynie, potem przyjechał do Anglii, do Direct. Najpierw był zwykłym pracownikiem, potem "niebieskim", w końcu menedżerem. Ponoć za swoje podejście do ludzi został pobity przez polskich pracowników.

Anita nie lubiła przeszukiwać. Raz przyszedł do niej chłopak, mówiąc, że ma majtki z firmy, której towary są w magazynie, ale kupił za swoje. Poszli do ochrony, a ci kazali mu wybierać: oddaje albo tego dnia nie pracuje. Wrócił do domu. Anita widziała, że nawet dziurawe skarpetki ochrona kazała ściągać, jeśli były z metką z Direct. - Jest mi przykro, bo widziałam, jak sami "niebiescy" kradną: skarpetki, rękawiczki, bo nikt ich nie sprawdza.

- Kto zakazuje wnoszenia wody, chodzenia do toalet, rozmawiania? - pytam.

- Nikt nie mówi tego odgórnie. Mój angielski menedżer powiedział: zróbcie normę, to wszystko. Dał mi wolną rękę. To polscy "niebiescy" narzucili rygor. Jeden z moich kolegów, gdy dostał kamizelkę, zaczął ludzi gnoić. Zmienił się nie do poznania. Za 6,5 funta na godzinę?

Anita została zwolniona. Podejrzewa, że przez złe relacje z Pawłem. Na koniec wytknęli jej każde spóźnienie. Jest w czwartym miesiącu ciąży, pracuje w drukarni, wśród Anglików. - Nie pozwalają mi się przepracowywać, aż mi głupio. Traktują jak niepełnosprawną.

Anita: - To polscy "niebiescy" narzucili rygor. Jeden z moich kolegów, gdy dostał niebieską kamizelkę, zaczął ludzi gnoić

Dzwonię do Pawła, byłego szefa Anity. Przedstawiam się.

- Skąd ma pani mój numer?

- Od jednego z pracowników.

- Proszę o jego nazwisko.

- Nie podam.

- To nie będziemy rozmawiać.

"To dla mnie dramat"

Laurence Platt pracuje w największej w Anglii organizacji związkowej Unite the Union. Bada warunki pracy w Sports Direct. Uważa, że pracownicy z Europy Wschodniej nie są informowani o swoich prawach, więc nie potrafią ich egzekwować. Przyznaje, że w Wielkiej Brytanii jest duża liczba pracodawców, którzy maltretują pracowników.

- Czy może pani skontaktować mnie z Eweliną? - pyta. - Mamy w związkach bardzo dobrych prawników, za darmo podejmą się jej sprawy.

Wracam do Mansfield. W sklepie Migotka pojawiła się wcześniej znajoma, która jeździła do pracy jednym busem z Eweliną. Zostawiła numer.

- Ale numeru do Eweliny nie podam. Powiem, że jej szukacie - słyszę w słuchawce.

Przeszukuję fora internetowe, znajduję nazwisko Eweliny. Ma profil na Facebooku. Piszę wiadomość.

Odpowiedź: "Proszę dać mi parę dni do namysłu, to dla mnie straszny dramat, który zaczął się miesiąc temu i z każdej strony czuję presję wywieraną na mnie w sprawie Directu".

Z profilu wynika, że pochodzi z okolic Małopolski, skończyła liceum, gustuje w muzyce dyskotekowej.

Piszę jej o prawniku z Unite the Union. Czekam na odpowiedź.

Platt wyjaśnia mi, że zgłaszali do sądu pracy przypadki nadużyć w różnych firmach, ale pracownicy wolą pójść na ugodę z pracodawcą, by uniknąć stresu związanego z sądem.

Właścicielem Sports Direct jest Mike Ashley, 54-letni korpulentny brunet z majątkiem 3,5 mld dol. Zajmuje 13. miejsce wśród miliarderów w Wielkiej Brytanii. Na świecie jest 384. Pierwszy sklep otworzył, mając 16 lat. Teraz ma ich ponad 500. Jest też właścicielem 28 marek, m.in. Donnay, Lonsdale, Kangol, Dunlop, Slazenger.

Ashley unika wywiadów, mediów społecznościowych. "Samotnik i indywidualista. Nawet jego pracownicy nie wiedzą, jak wygląda" - piszą o nim gazety. Opisują też dekoracje świąteczne, które zawiesza na swojej posiadłości pod Londynem. Przyjeżdżają je oglądać tłumy turystów.

Od siedmiu lat jest właścicielem klubu piłkarskiego Newcastle United. Kupił go za 140 mln funtów. Początkowo wzbudzał szacunek kibiców: oglądał mecze ze zwykłej trybuny, nosił klubową koszulkę, przesiadywał w pubach. Rozgniewał ich, gdy zwolnił ich ulubionego menedżera, a potem - chcąc zmienić nazwę stadionu na Sports Direct Arena.

Jako szef Ashley słynie z zatrudniania pracowników na kontrakty "zerogodzinne". W Sports Direct pracuje tak 20 tys. osób, czyli 90 proc. załogi. Według danych urzędu statystycznego stanowią jedną dziesiątą wszystkich Brytyjczyków pracujących na takich kontraktach. Tacy pracownicy nie wiedzą, ile godzin przepracują w danym tygodniu, nie mają prawa do urlopu czy chorobowego.

Latem ub. roku jego Direct został skrytykowany za politykę pracowniczą przez parlamentarzystów i związkowców. Domagali się spotkania z Ashleyem, ale firma nawet nie wchodziła z nimi w komentarze.

Na stronie internetowej koncernu czytam: "Nasi pracownicy są sercem naszego zakładu. Ciągle rozwijające się umiejętności i entuzjazm 24 tys. ludzi jest kluczem do naszego sukcesu".

Pytam Ewę z burzą rudych włosów, czy widziała kiedyś Ashleya. Nie. Ale pamięta poruszenie, gdy przyleciał swoim helikopterem. - Przy magazynie jest lądowisko. Wszyscy kierownicy biegli, jakby sekretarza partii witali.

A Anita? - Widziałam. Przylatywał albo przyjeżdżał limuzyną z kierowcą, takim wielkim, w czarnym garniturze.

Ewelina odpisała mi, że angielski adwokat odradził jej rozmowę.

Sports Direct odpisał, że nie odpowie na żadne moje pytanie.


taki jeden szczegol,nikt tym paniom nie kazal w direkcie pracowac,zawsze moga isc gdzie indziej... czemu nie pojda ?? bo nie mowia po angielsku !! i z tego tez powodu nie postawia sie rzadzacym... bo sie nie dogadaja,wiec jesli nie gadasz po ang to nie przyjezdzaj do anglii... a jak nie gadasz po ang to zasuwaj,cos za cos


Pamiętaj o jednym że ludzie na pewno nie przyjeżdżają tu z przyjemności a z musu,masz trochę racji jednak nie do końca.
Są zakłady gdzie ludzie pracują w normalnych warunkach i też mają problemy z dogadaniem.Takie jest życie.A jak jest w SD wiedzą ci co tam pracowali lub pracują,jest źle!
 
 
martynaj

Wiek: 31
Dołączył: 12 Paź 2012
Posty: 227
Wysłany: 2014-03-09, 17:07   

a powiedz emigrant,nam wszystkim tu szczerze,czemu ta firma tak Ci za skore zaszla??
zawsze jak jest temat o sd to i tez Ty...
 
 
emigrant40

Pomógł: 2 razy
Wiek: 54
Dołączył: 29 Lip 2013
Posty: 112
Wysłany: 2014-03-09, 18:47   

Oj zaszla zaszla:-) mi bezposrednio nie ale moim bliskim znajomym te byd....o zaszkodzilo wiec zawsze bede po nich jechal.Temat zeka,sporo wiem o ich brudach i to konkrtnie a nie od osob trzecich.Tak jak pisze temat zeka,pozdrawiam.
 
 
Siwa 

Wiek: 34
Dołączyła: 08 Kwi 2014
Posty: 4
Wysłany: 2014-04-10, 23:54   

janusz362 napisał/a:


Pamiętaj o jednym że ludzie na pewno nie przyjeżdżają tu z przyjemności a z musu,masz trochę racji jednak nie do końca!


Dokładnie.. janusz362
nie wiem w sumie po co to piszę, ale trochę mi ciśnienie skoczyło..

Przyjechałam niedawno, skończyłam w Pl studia, tu w agencji stwierdzili-że mam
perfect English..przez miesiąc całowałam klamki bo nie mam transportu..
W kraju zostawiłam dwoje dzieci w tym jedno niepełnosprawne ( 7 lat-8 operacji i jeden odrzut przeszczepu)
Zrezygnowałam z pracy z konieczności (j.w) a od Jaśnie Panującego - Słońce Peru - dostawałam 620zł MIESIĘCZNIE zasiłku pielęgnacyjnego..
Poszłam do pracy..oczywiście załatwionej - opiekun medyczny.praca niegodna, niepłatna i urągająca wszelkim wartościom ( i nie mówię tu o przysłowiowej zmianie pampersa). Nie raz nie dwa krew szła mi z nosa jak trzeba było przekręcić bezwładnego faceta na bok...
Wytrzymałam.. zarabiałam 1200zł/mies.(60 godzin/tyg- zmiany 12-to godzinne)

Więc powiem Ci tak szanowny obrońco uciśnionych (emigrant40)...który z takim zapałem wciskasz ten artykuł wszędzie gdzie się da..
miałam jechać do Sejmu RP i strajkować razem z dzieckiem jak te kilka wspaniałych Matek Bohaterek o te 200zł więcej?
Czy przyjechać tu, i tu zawalczyć..?
Nie dla siebie..
Nie dla budżetu GB
Nie dla właściciela SD
Tylko dla moich dzieci..
Bo mimo wszystko wierzę w ludzi..i mimo tego, że ból rozłąki jest nocami nie do zniesienia..do SD pójdę choćby pieszo!!!!!!!
Bo biorę od losu , a nie wymagam..człowieku!

Poza tym nie mam nic do stracenia..przecież już nie osiwieję ;) (patrz.nick)

A jak nadal chcesz pogadać, to pogadajmy- tylko napisz ile lat tu jesteś- jestem pracownikiem socjalnym II stopnia specjalizacji...opowiem Ci skąd przyjechałam dokładniej....

Pozdrawiam

i off
http://polonianottingham....pic.php?t=30788
 
 
janusz362 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 45
Dołączył: 28 Kwi 2011
Posty: 127
Wysłany: 2014-04-16, 16:51   

Sport Direct to bardzo zly zaklad pracy,taki bardziej zaklad karny bez przyszlosci,praca tam to taka raczej z gwozdziem w tylku kiedy mnie zwolnia ot tak za nic,dobra ale tylko na poczatek by sie nie cofac finansowo i szukac cos innego normalnego dla ludzi a nie numerow :-)
 
 
martynaj

Wiek: 31
Dołączył: 12 Paź 2012
Posty: 227
Wysłany: 2014-04-21, 11:18   

Siwa - skoro mowisz dobrze po angielsku a i tak nie masz transportu to czemu nie uderzysz gdzie indziej ??
np M&S,praca mimo ze przez agencje(na poczatek) to stala
w SD nic nigdy nie osiagniesz a jak nie bedziesz miala wtykow i WAJZOREK to bedziesz ganiana, jak juz isc na magazyn to lepszy !
transportu musisz szukac tak czy tak a poki co przyjmuja ludzi i to w duzych ilosciach
a i autobusem da sie dojechac :)
po wiecej info wal na priva
 
 
janusz362 

Pomógł: 1 raz
Wiek: 45
Dołączył: 28 Kwi 2011
Posty: 127
Wysłany: 2014-04-21, 12:47   

Martyna dobrze ci radzi ruszaj do M.S.zawsze to lepsza alternatywa bynajmniej teraz bo z tego co można już zauważyć to chyba jeszcze jakiś czas minie i tam zrobi się kibel przy takiej masówce,więc puki czas ruszać tam bo i kasa większa niż w S.D.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template modified by Mich@ł

Bydgoszcz


Strona wygenerowana w 1,32 sekundy. Zapytań do SQL: 13